Placebo, to nie tylko mała słodka tabletka, która w swoim składzie zawiera stuprocentowy cukier. Placebo, to stan, który towarzyszy ci częściej, niż ci się wydaje. Placebo to coś, dzięki czemu intensywniej przeżywasz to, czego nie ma. Nadajesz znaczenie temu, czego nie ma. Czujesz to, czego nie ma.

Brak kofeiny.

Z efektem placebo jest jak z piciem kawy bezkofeinowej. Nie chodzi o efekt. Chodzi o smak. A ponieważ smakuje tak samo, wierzysz że ma takie same działanie. Dopóki nie zastanawiasz się nad obecnością kofeiny w spożywanym napoju, dopóty nie przeszkadza ci jej brak. Sam jesteś w stanie wyprodukować sobie pożądane wrażenia. Pobudzenie. Adrenalina. Energia. To wszystko dzieje się w twojej podświadomości. Możesz je mieć na wyciągnięcie ręki. Wszystko zależy od tego, w co uwierzysz. W co zechcesz uwierzyć. Co ci jest potrzebne w danym momencie.

Pokochałam bezkofeinową od pierwszego wypicia. Od chwili, gdy moja mama postanowiła uratować karmiącą córkę, nałogowego kawosza, włoską Lavazzą, która ponoć nie zawiera ani grama kofeiny.

– Moja babka ma nadciśnienie, ale nie może przeżyć dnia bez kawy. Parzę jej codziennie bezkofeinową. Jest zadowolona, a ja mam spokój.

Nie potrzebowałam kofeiny, żeby obudzić się rano. Potrzebowałam smaku kawy. To on dodawał mi energii. Niczym Red Bull. Potrzebowałam usiąść z filiżanką czegoś, co smakuje, jak kawa. Wdychać zapach czegoś, co pachnie, jak kawa. Reszta, to kwestia przyzwyczajenia. Po kilku razach zapomniałam, czym jest kofeina. Mój organizm zapomniał, czym jest kofeina. Do tej pory mi się za to odwdzięcza.

Postanowiłam przetestować działanie placebo i bezkofeinowej Lavazzy na małej grupie badawczej wśród odwiedzających mnie przyjaciół. Ku mojemu zdumieniu test wypadł pozytywnie. Nikt nie zorientował się, co znajdowało się w filiżance. Smak ten sam. Kolor ten sam. Zapach ten sam. Każdy, kogo poddałam tej próbie zachwycał się intensywnym, głębokim smakiem. Każdy twierdził, że kawa dała mu energetycznego kopa.

– Kawa bezkofeinowa, to nie kawa!

Tak twierdzi Mrok, która bezkofeinowej nie wzięłaby do ust nawet za milion dolarów. Za bardzo ceni sobie przepływ czystej kofeiny w żyłach. Muszę na niej wypróbować efekt placebo. Mam nadzieję, że uda mi się to zrobić, zanim przeczyta ten wpis ;)

Brak alkoholu.

Z efektem placebo jest jak z piciem piwa bezalkoholowego. Spotykam się z trzema młodymi matkami i po kilkunastu miesiącach przymusowej abstynencji daję się namówić na Bavarię – piwo, które nie ma ani jednego promila. W promieniach wakacyjnego słońca delektujemy się smakiem, który przypomina stare dobre czasy. Pojawia się wrażenie chwilowej wolności. Poczucie, że zostawiamy na moment problemy dnia codziennego za sobą. Placebo jest tak silne, że przez ułamek sekundy zastanawiam się, czy mogę wsiąść za kierownicę ;)

Brak lekarstwa.

Z efektem placebo jest jak z piciem syropu przeciwkaszlowego. Nieważne, jaki ma skład. Kupujesz, bo wierzysz, że dzięki niemu przestaniesz kaszleć. Tak, jak przeciętny Kowalski, który nie ma pojęcia co jest ukryte pod tajemniczymi hasłami z tyłu buteleczki. Nie ma pojęcia, co tak naprawdę spożywa. Przeciętny Kowalski wierzy na słowo reklamy, że syrop pomoże mu zwalczyć kaszel. A jeśli nie pomoże, to kupi następny. W końcu od jednego syropu nikt jeszcze nie wyzdrowiał.

Brak uzdrowienia.

Nie inaczej jest w terapiach mających na celu leczenie raka. Pacjentom podaje się od czasu do czasu tabletki placebo i bada ich reakcje na podaną substancję. Takie badania kontrolne przeprowadzane są na ochotnikach, którzy wierzą, że przyjmują prawdziwy lek. W zależności od nastawienia pacjenta względem zażywanego specyfiku następują reakcje pozytywne lub negatywne.

– Są pacjenci, którzy nie muszą brać żadnej tabletki, aby to zdeterminowało ich stan zdrowia. Już sama wizyta u doktora może przyczynić się do poprawy ich samopoczucia. Wszystko zależy od stopnia wiary i zaufania, jakie pacjent pokłada w lekarzu lub w wybranej aktywności.

To dlatego mówi się ostatnio coraz częściej o efekcie nocebo. Efekt nocebo pojawia się tam, gdzie głęboko zakorzenione jest negatywne myślenie. To ono staje się głównym powodem wyniszczania organizmu. To dlatego nawet najlepsze i najbardziej skuteczne lekarstwo nie zadziała, jeśli nie wierzysz w jego działanie. To dlatego masz duże szanse, że polegniesz na polu bitwy z chorobą, jeśli wątpisz w to, że cokolwiek jest w stanie ci pomóc. Jeśli jesteś przekonany, że i tak umrzesz. Zdumiewają cię historie osób chorych na nowotwór, które wyrwały się ze szponów śmierci i żyją jeszcze przez wiele lat? Powiesz, że każdy organizm jest inny, każdy rodzaj choroby jest inny, inny poziom zaawansowania, inny obszar ciała, który został zaatakowany. Zgadza się. Ale i inne nastawienie psychiczne pacjentów poddawanych terapii. Inna wiara w uzdrowienie. Inna motywacja, aby żyć.

To tak, jak z testami porównującymi Coca-Colę i Pepsi. Identyfikujesz się z konkretną marką i jesteś przekonany, że jedna z nich smakuje lepiej lub gorzej od drugiej. Kiedy jednak zawiązują ci oczy i dają do spróbowania obie, nie jesteś w stanie poprawnie odróżnić jednej od drugiej. A wszystko dlatego, że nadajesz wartości temu, czym się otaczasz. Wmawiasz sobie, że to jest dobre, a to złe. Że to ci pomaga, a to szkodzi. Że dzięki temu czujesz się szczęśliwszy, a z powodu tego czujesz się do dupy. To nic innego, jak twój osobisty efekt placebo. Gdyby było inaczej, wszyscy doświadczalibyśmy tego samego. Czulibyśmy to samo. Postrzegali świat w tej samej perspektywie. A ty i ja wiemy, że tak nie jest i nigdy nie będzie.

Proste znaczy lepsze.

Placebo to fajna rzecz. Tania. Pożyteczna. Najlepsze lekarstwo na wszelkie dolegliwości. Najlepsze rozwiązanie na wszystkie problemy. Może właśnie dlatego nie jesteś w stanie świadomie korzystać z jego dobrodziejstw. Bo to za proste. Szukasz skomplikowanych formuł na swoje życie. Wydaje ci się, że jeśli coś jest trudno dostępne, to działa skuteczniej. Proste rzeczy gorzej się sprzedają. Proste metody są bagatelizowane. Proste rozwiązania spycha się na bok. Uwielbiam placebo właśnie za jego prostotę. Za to, że nie wymaga ładowania w siebie całej dostępnej chemii, żeby poczuć się lepiej. Za to, że wystarczy użyć potęgi swojego umysłu, aby dojść znacznie dalej.

-Niestety mi w tym kraju jest za ciężko. Tutaj wszystko przytłacza: kiepska pogoda przez 2/3 roku, wszechwładna biurokracja, wysokie podatki, beznadziejne finansowe warunki pracy dla młodych. I nawet gdybym chciał, to oszukać się byłoby ciężko – nie na taką skalę.

Możesz próbować się oszukiwać. Możesz funkcjonować na zasadzie „jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma”. A możesz po prostu zastosować metodę Michała Wawrzyniaka, którą ostatnią bardzo polubiłam: 3 x J , czyli Jest Jak Jest. Masz co masz. Możesz co możesz. Pomoże ci to zaakceptować stan rzeczy, w którym jesteś i skupić się na tym, aby wyciągać z tego maksimum korzyści. Aby iść do przodu bez zbędnego ciśnienia. Aby osiągnąć to, czego chcesz bez pozostawiania za sobą ofiar. Aby nie żałować, że w pogoni za czymś nierealnym straciło się to, co najważniejsze.

Przeczytaj też: Jak widzisz siebie tak widzi cię świat.