Po śmierci męża wiedziała, że do końca życia pozostanie samotną wdową. Pogodziła się z tym. Tak to już przecież jest. Wdowa powinna przykładnie cierpieć i latami opłakiwać śmierć małżonka. Resztę swojego życia poświęcić dzieciom i wnukom. Robić na drutach i haftować serwetki. Wdowa nie ma prawa do miłości. A jeśli odważy się przeciwstawić konwenansom, reakcja otoczenia pojawia się momentalnie:

– Jeszcze mąż nie zdążył ostygnąć w grobie, a ta już znalazła pocieszenie w ramionach innego.

Tak, opinia publiczna jest bezlitosna. Nie zostawia na takiej suchej nitki. Dlatego wiele wdów rezygnuje z możliwości ułożenia sobie życia na nowo z innym mężczyzną. Ze strachu przed społecznym ostracyzmem. Wdowy uczą się żyć same. Radzić sobie same. Spać same. W przeciwieństwie do wdowców, których takie ograniczenia nie dotyczą. Mało kto patrzy się krzywym okiem na wdowca wiążącego się z nową partnerką. Nawet z kilkadziesiąt lat młodszą partnerką. Ale mężczyźnie przecież zawsze więcej wolno. Mężczyzna zawsze ma przyzwolenie na więcej. Przykładna kobieta ma się oddać jednemu mężczyźnie, a po jego śmierci prowadzić cnotliwe życie, wielbiąc i wspominając wspólne dzieje przed ołtarzykiem starych zdjęć.

Początek końca życia.

Ona też tak myślała. Czuła, że wielkimi krokami zaczął się koniec jej życia. Chociaż nigdy go tak naprawdę nie miała. Jej życie z mężem wcale nie było dużo szczęśliwsze od życia, z jakim przyszło jej się zmierzyć po jego odejściu. Tak naprawdę nie widziała żadnej różnicy. Było tak samo puste. Tak samo szare. Tak samo ciche. Nie miała co wspominać. Czterdzieści lat wspólnego pożycia minęło im na pracy, wychowywaniu dzieci i siedzeniu w domu. Żadnych ekscesów. Żadnej spontaniczności. Żadnych wrażeń. Wiedziała, że ją zdradzał, ale dla dobra rodziny milczała. Nigdy nie wyjawiła mu, że znała prawdę. Nigdy nie wierzyła, że mogłaby poradzić sobie bez niego. Wierzyła, że tak po prostu musi być. Że taki jest jej los i musi go zaakceptować. Nie miała żadnych alternatyw. Nigdy ich nie szukała. Po jego śmierci okazało się, że radzi sobie całkiem dobrze. Zrozumiała, w jak wielkim błędzie tkwiła, uzależniając swój byt od mężczyzny, który nigdy jej dobrze nie traktował. Którego od dawna już nie kochała.

Mamo, pojedź do sanatorium.

Za namową córki zgodziła się pojechać na trzy tygodnie do sanatorium. Było jej wszystko jedno. Wiedziała, że pobyt tam nic nie zmieni. Dla niej było już na wszystko za późno. Przegrała swoje życie, wychodząc za niego. Z drugiej strony nigdy nie była na żadnych wakacjach. Nigdy nie wysunęła nosa poza cztery ściany. Córka przekonała ją, że dobrze jej to zrobi.

– Tyle lat męczysz się z tymi stawami. Zobaczysz, że poczujesz się lepiej. Zasłużyłaś na to, żeby chociaż raz w życiu ktoś się tobą zajął.

Sanatorium. Mówiło się, że ludzie czasem spotykają tam na starość miłość swojego życia. Absurd. Jak można spotkać miłość swojego życia pośród bandy starych i zgrzybiałych dziadków. Miłości doświadcza się wśród zapachu świeżości i witalności. Miłość zarezerwowana jest dla młodych, którzy mają całe życie przed sobą. Potem pozostaje już tylko starość. Beznadziejna, śmierdząca starość.

Co ja tu robię?

Pierwszy tydzień pobytu w sanatorium był okropny. Jeszcze nigdy w życiu tak się nie nudziła. W domu zawsze było coś do zrobienia. Tu miała za dużo czasu na myślenie. Żałowała, że dała się namówić. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Nie miała ochoty na nawiązywanie nowych znajomości. Zresztą i tak zapomniała, jak to się robi. Nie mieli z mężem zbyt wielu znajomych. Nie lubił obcych ludzi w domu. Nie lubił, gdy ktoś patrzył mu na ręce.

– Mamo, nie poznasz nikogo, chowając się w swoim pokoju. Wyjdź do ludzi. Otwórz się. Mówiłaś, że dziś wieczorem organizują jakiś dancing. Czemu się tam nie wybierzesz?

– Jestem za stara na takie dancingi. Co ja tam będę robić? Wyrywać szczerbatych dziadków do tańca?

– Może nie będzie tak źle. Jak nie pójdziesz, to się nie przekonasz. I tak nie masz nic lepszego do roboty wieczorem.

Poszła od niechcenia. Już po przekroczeniu progu wiedziała, że to była zła decyzja. Nuda, nuda, nuda. Niepotrzebnie uwierzyła, że mogłoby być inaczej. Trzeba było zaufać swojej intuicji. Dobrze, że już niedługo wraca do domu. Dość tego cyrku. Ile można udawać, że ma się dwadzieścia lat. Minione czasy nie wrócą. Nie wróci młodość. Nie wróci szczęście, którego nigdy tak naprawdę nie było.

– Słuchaj, wracam do pokoju. To naprawdę nie ma sensu – powiedziała przez telefon do córki.

– A próbowałaś z kimś pogadać? Potańczyć chociaż?

– Przestań, nie ma z kim. Żałosne dziadki i tyle ci powiem.

– No szkoda. Dobrej nocy! Zobaczymy się niebawem.

Szczęście czeka tuż za rogiem.

Ale to nie był dla niej koniec nocy. Sama jeszcze o tym nie wiedziała. Wychodząc z sali wpadła na niego w drzwiach. Uśmiechnęła się przepraszająco i chciała przejść obok. Nie przeszła. Porwał ją na parkiet. Tańczyli do świtu. Był od niej sześć lat młodszy. Rozwodnik. Pełen energii. Radości. Wciąż spragniony życia. Nigdy nie była z młodszym od siebie mężczyzną. Zawsze szukała starszych. Szukała bezpieczeństwa. Stabilizacji. Spokoju. Nie zdawała sobie sprawy, że potrzebowała czegoś innego. Zdała sobie sprawę tej nocy, gdy przegadali godzinę w drodze powrotnej do swoich pokoi. Potrzebowała życia.

– Nie uwierzysz co się stało. Poznałam wspaniałego faceta – opowiedziała córce podczas porannej rozmowy.

– Mamo, ale pamiętaj, z niczym się nie śpiesz. Poczekaj przynajmniej pół roku zanim pomyślisz o…tych sprawach.

– Ale tu nie ma o czym myśleć moja droga. Nie mamy już tyle czasu, co kiedyś. Nie mamy ani chwili do stracenia.

– Mamo, bądź ostrożna!

Nie była. Dała się porwać temu, czego nawet nie szukała. Zapomniała o całym świecie w ramionach mężczyzny, który oszalał na jej punkcie. Następnego poranka obudził ją dźwięk gitary pod jej oknem. To był on. Nie wierzyła własnym uszom. Nie wierzyła własnym oczom. Takie rzeczy nie dzieją się naprawdę. Takie rzeczy dzieją się tylko w filmach albo w książkach. A jednak. Nie protestowała. Nie kazała mu przestać. Nie chciała go uciszać. Współlokatorki piszczały z zazdrości. Tego jeszcze nie było.

Wszystko się kiedyś kończy.

Ostatnie dni pobytu w sanatorium minęły jej pod znakiem sielankowego szczęścia. Nie widziała świata poza nim. Czuła się, jak naiwna sześćdziesiątka, ale stwierdziła, że sobie na to pozwolić po tylu jałowych latach. Przeżywała każdy dzień z nim, jakby miał się już nigdy nie powtórzyć. W końcu nadszedł czas rozstania. Mieszkał 300 km od jej rodzinnego miasta. Nie robiła sobie zbytnich nadziei. Czuła, że i tak otrzymała za dużo od losu. Nie oczekiwała, że dostanie więcej. Pewnego dnia zadzwonił.

– Chciałabyś mnie zobaczyć?

Oczywiście, że bym chciała. Daj znać, jak kiedyś będziesz mógł przyjechać.

– A co byś powiedziała na to, że właśnie jestem tutaj?

Wszystko się kiedyś zaczyna.

Nie mogli się sobą nacieszyć. Biegali po mieście za rękę, skakali po parku, bez przerwy się przytulali. Całowali. Jakby mieli po dwadzieścia lat. Jej córka była zgorszona.

– Jak wy możecie się tak zachowywać? Nie jesteście już nastolatkami.

-Masz rację. Nie jesteśmy już nastolatkami. W naszym wieku nie mamy więcej czasu do stracenia. Każda chwila się liczy.

I rzeczywiście się liczyła.

Przeczytaj też: I że cię opuszczę tuż po twej śmierci.