Całe życie na coś czekasz. Czekasz, żeby być dorosłym. Czekasz na miłość. Czekasz, aż minie to, co złe. Czekasz, aż wrócą lepsze czasy. Czekasz na coś, co być może nigdy nie nadejdzie. Ile czasu zmarnowałeś do tej pory na czekanie? Gdyby w życiu było chociaż takie granie na czekanie, które odwiodłoby cię od myślenia o czekaniu. Ale ty takiego grania nie chcesz włączyć. Żeby nie zagłuszyć cykania zegara. Gdy słyszysz cykane zegara, czujesz że masz wszystko pod kontrolą. W rzeczywistości jest wręcz przeciwnie.

– Czas płynie wolniej, gdy się czeka.

Pogrzebałam z ciekawości w Google, żeby znaleźć odpowiedź, na co najczęściej czekamy.

  1. Na zaręczyny.
  2. Na weekend.
  3. Na poronienie.
  4. Na zwrot podatku.
  5. Na seks.
  6. Na autobus.
  7. Na reklamację.
  8. Na wynik biopsji.
  9. Na decyzję o kredycie.
  10. Na otrzymanie wizy.

Niepewność.

Najgorsza w czekaniu jest niepewność. Brak jednoznacznej odpowiedzi, co się wydarzy. Jaki będzie finał zdarzeń. Czekanie wyzwala niecierpliwość. Pragnienie, aby to, co jest teraz już się skończyło. Bo im dłuższe czekanie, tym więcej znaków zapytania. Im dłuższe czekanie, tym więcej wątpliwości. Im dłuższe czekanie, tym więcej lęku.

– Nie samo czekanie jest najgorsze, ale to co sobie wtedy wyobrażasz.

Dawno temu.

Były kiedyś takie czasy, kiedy czekanie ludziom nie przeszkadzało. Było wręcz naturalnym elementem ich życia. Ludzie potrafili czekać tygodniami na list od ukochanej osoby. Kobiety potrafiły miesiącami wyczekiwać powrotu swoich mężczyzn z pustyni. Latami z wojny. Nikt nie odliczał czasu do porodu. Nikt nie odliczał na zegarku czasu do końca pracy. Nikt nie musiał zmieścić się w dziennym harmonogramie zajęć. Były takie czasy, kiedy nie było kalendarzy, nie było zegarków, nie było plannerów. I ludzie jakoś żyli. Może nawet lepiej, niż dzisiaj. Może łatwiej. Szczęśliwiej. Bardziej beztrosko. Nikt nie skupiał się na tym, ile jest do zrobienia i na kiedy jest to do zrobienia. Jak się czegoś nie udało skończyć dzisiaj, to się kończyło jutro. A jak nie jutro, to pojutrze. W krajach Ameryki Południowej do dzisiaj spotkasz się na każdym kroku z wyrażeniem mañana (jutro). Tam na wszystko jest czas. Tam nikt nigdzie się nie spieszy. Tam nikt nigdy nie patrzy na zegarek.

– Czekałabym, gdybym miała pewność, że mam na co.

Teraz albo nigdy.

U nas wszystko musi być na dziś. Jeszcze lepiej na już. A najlepiej na wczoraj. Pięć minut braku odpowiedzi na smsa stanowi powód do frustracji. Pół godziny spóźnienia z pracy na obiad stanowi powód do awantury. Minutowe spóźnienie do pracy, to powód do nagany, a za pozostanie godzinę dłużej w pracy nikt nigdy nie dziękuje. Pojęcie czasu staje się przyczyną wiecznego zdenerwowania, rozdrażnienia i napięcia. Czytałam ostatnio w Polityce artykuł o tym, że najwięcej ludzi umiera w sobotę. Dlaczego? Bo to właśnie na weekendy najbardziej się czeka i najbardziej odlicza się do nich czas. A to może być w wielu przypadkach wykańczające dla organizmu.

– Jeśli masz wszystko pod kontrolą, to znaczy że jedziesz za wolno.

Jakim kosztem.

I co z tego, że dzięki takiej formie pojmowania czasu i jego odpowiedniej organizacji osiągnęliśmy fenomenalny rozwój cywilizacyjno-technologiczny. Jakim kosztem? Kosztem zdrowia fizycznego i psychicznego. Kosztem relacji między ludźmi. Kosztem życia, które już nie jest życiem, a egzystencją. Bo wiecznie gdzieś pędzimy, wiecznie coś planujemy i wiecznie nam brakuje czasu. Nikt nie chce zwolnić tempa. Nikt nie chce zatrzymać się. Nikt nie chce czekać.

– Chwilę zatrzymać, nie myśleć, oddychać.

A gdyby?

A gdyby tak zatrzymać się i spojrzeć z dystansu na swoje życie i pośpiech, w którym żyjemy?  Gdyby tak przestać liczyć czas? Zawsze mi się łatwiej spędza czas, gdy nie czuję jego upływu. Gdy nie widzę zegarka. Gdy nie mam pod ręką telefonu. Zdarzało ci się w pracy, że dzień potrafił ci minąć, jak z bicza strzelił tylko dlatego, że nie miałeś ani jednej okazji, żeby spojrzeć na zegarek? Pamiętam, że w kryzysowych momentach potrafiłam nawet zaklejać kawałkiem taśmy zegarek na pulpicie komputera, żeby nie musieć liczyć, ile mi zostało do końca pracy. To działa. Żyjesz tu i teraz. Skupiasz się na danym momencie. Zawieszasz się w chwili obecnej.

– Gdzieś na końcu zeszytu miałam kiedyś zapisane: „przecież kiedyś musi być dobrze”.

Czekanie a oczekiwanie.

I na tym polega różnica między czekaniem a oczekiwaniem. Czekanie jest procesem pasywnym. Czekasz na coś lub aby coś się skończyło, nie wyciągając lekcji z tego, co właśnie teraz jest twoim udziałem. Niecierpliwie wypatrujesz końca pewnego etapu. Chciałbyś wszystko przespać, aby skończyło się, jak najszybciej i aby jak najszybciej dojść do momentu, w którym będzie lepiej. To, co się dzieje teraz nie ma dla ciebie najmniejszego znaczenia. To, co się dzieje teraz jest dla ciebie jedynie czasem gehenny, której chciałbyś się jak najszybciej pozbyć. Bo to nie jest czas, w którym chciałbyś być.

– W życiu nie chodzi o czekanie, aż burza minie. Chodzi o to, by nauczyć się tańczyć w deszczu.

Oczekiwanie jest procesem aktywnym. Bo choć cel ten sam, to zupełnie inne wykorzystanie czasu. Oczekiwanie nie ignoruje tego, co jest teraz. Oczekiwanie polega zrozumieniu, czemu służy dana sytuacja. Czego ma mnie nauczyć. Jakie wnioski mam z niej wyciągnąć. Oczekiwanie, choć równie trudne jak czekanie, daje czas na przemyślenie swojego życia. Swojej strategii. Swoich priorytetów.

– Długo trzeba czekać, aż będzie lepiej?

– Jeśli rzeczywiście będziesz tylko czekał, to długo.

Jeśli czekasz, aby coś minęło, wtedy prędzej czy później wrócisz do tego samego punktu, w którym znajdujesz się teraz. Bo lekcja nie została odrobiona. Jeśli oczekujesz, aby coś minęło, ale wyciągasz z każdego doświadczenia lekcję, która jest przeznaczona tylko dla ciebie, wtedy dochodzisz do miejsc, w których nigdy nie miałbyś szans się znaleźć.

To ty decydujesz, co zrobić z czasem, który właśnie dostajesz.

Przeczytaj też: Zostań na nadgodziny. Jeśli życie ci niemiłe.